Za sprawą duetu Krakowitz ożyły moje wspomnienia z koncertu Jona Hopkinsa na tegorocznym OFF Festivalu. Poszedłem wtedy posłuchać muzyki Brytyjczyka z czystej ciekawości (wcześniej nie słyszałem ani jednego utworu z jego repertuaru) i nagle BAM! “Emerald Rush”, co tu się dzieje, to jest za dobre. “Kalejdoskop” zaczyna się bliźniaczo podobnym do intra wymienionego kawałka Hopkinsa motywem, ale znacznie szybciej ujawnia pełnię swoich walorów. Główna siła tego utworu opiera się bowiem nie na rozbiciu kompozycji na kilka fragmentów, a na uroku pierwszej melodii. Przez resztę trwania piosenki ewoluuje ona, rozkwita, przy czym potrafi jeszcze gdzieś dyskretnie się schować. Dostarcza to endorfin, nóżka w mig zaczyna tupać. Co tu się dzieje? To jest za dobre! Słychać wszystko – dzięki starannej produkcji nie ma mowy o fuszerce, to fachowa i ambitna krakowska elektronika. Owszem, nieidealna (po kilku minutach niektóre fragmenty zaczynają trącić banałem), będąca jednak wdzięcznym wprowadzeniem do albumu Krakowitz, wydanego na początku tego roku. Dla poszukiwaczy undergroundowych klejnotów – wartościowe odkrycie.