World Wide Warsaw: The Internet

Osadzony w warszawskiej przestrzeni klubowej World Wide Warsaw przez ostatni miesiąc dostarczał wrażeń miłośnikom zarówno muzyki elektronicznej, jak i tej z pogranicza R’n’B i hop-hopu, proponując koncerty m.in. Andersona .Paaka, Johna Talabota czy The Internet, którzy w ostatni czwartek zamykali cały festiwal. Po raz kolejny początkowo budząca obawy Miłość na Kredytowej spisała się na medal – w zakresie adekwatnego doboru miejsca nic nie uległo zmianie: umiarkowanie kameralna sala, ani klaustrofobiczna, ani zbyt rozległa, czyli idealna, aby pomieścić kilkaset zainteresowanych wydarzeniem osób bez ryzyka ucisku.

Sam zespół prawdopodobnie dał publiczności wszystko, co miał do zaoferowania – techniczne mankamenty nie były ich winą, choć ze względu na specyfikę głosu Syd tha Kyd niekoniecznie dziwią problemy związane z odpowiednim nagłośnieniem. Najbardziej odczuwalne podczas pierwszych dwudziestu minut setlisty niedociągnięcia dawały o sobie znać do samego końca. Jednak nie wiem, na ile można było tej sytuacji uniknąć w przypadku zestawienia delikatnego wokalu z instrumentarium, w którym oczywisty prym wiedzie bas.

The Internet zdecydowanie nie są fanami wydłużonych koncertowych aranżacji – i bardzo dobrze. Charakter ich muzyki pozwala na płynne przejścia pomiędzy utworami, rozmycie granic, co automatycznie uspójnia całość setlisty. Sprawdziły się zarówno dominująca część Ego Death, jak i udana selekcja wcześniejszych dokonań – chociaż gdyby nie wspomniane problemy z nagłośnieniem, opening “Get Away”/”Gabby” spisałby się o niebo lepiej. Niespecjalnie zaskoczyło większe poruszenie będące reakcją na “Special Affair”, “Dontcha” czy “Girl”. Nie zabrakło momentów aktywnego uczestnictwa tłumu – takich jak przy “Penthouse Cloud”, kiedy salę zdominowały światła latarek z telefonów, do czego zachęcił sam zespół. Godne naszych czasów zastąpienie zapalniczek iPhone’ami może niekoniecznie jawi się jako magiczna chwila, ale trzeba przyznać, że swój urok miała.

The Internet są artystami idealnie wpisującymi się w pojęcie bezpośredniości, co udowadniał zarówno kontakt z publicznością, jak i zachowanie na scenie. Prowadząca zgrabną konferansjerkę Syd chyba za cel postawiła sobie sprowokowanie dalszej części publiczności do większej aktywności – zachęcała trzykrotnie, za każdym razem dając zgromadzonym bliżej fanom szansę na zdarcie sobie gardeł w myśl schematycznego “Dajcie hałas”. Dla zainteresowanych: lepiej bawiła się prawa strona (przynajmniej tak orzekła Syd).

Nie był to koncert mogący zostać określony mianem energetycznego – on raczej pozwolił publiczności zatopić się w oferowanym groovie, na co powinien być przygotowany każdy, kto choć raz w życiu sięgnął po Ego Death czy któryś z dwóch wcześniejszych albumów grupy.

The Internet dysponują muzyką niezwykle poruszającą, choć i słowo hipnotyzująca nie byłoby nieadekwatne. W całej subtelności wokalu współgrającej z mocno zaznaczonym basem i rozmytymi synthami kryje się pociągający rodzaj soulowej magii, którą wytworzyć potrafią jedynie artyści autentyczni w swoim zrozumieniu dźwięków. Zero teatralności, wyrachowania i wymuszenia, a po prostu płynięcie na nurcie współczesnego R’n’B.

Trudno będzie pozbawić Andersona .Paaka tytułu króla World Wide Warsaw, jednak zestawianie obu tych wydarzeń byłoby nie na miejscu. Zauważalne różnice w ogólnym rozrachunku nie mogą zostać uznane za wady. Zadecydowanie o tym, jaki rodzaj show sprawdza się lepiej pozostanie prywatną kwestią każdego odbiorcy. Z mojej perspektywy jedno jest pewne – już dawno żaden koncert nie skutkował wytworzeniem poczucia pełnej relaksacji.