Pamiętam, jak przed dwoma laty pisałem jedną z pierwszych opublikowanych w tym miejscu zapowiedzi Colours of Ostrava. W samym wstępie tamtego tekstu odwołałem się do porównania czeskiej imprezy z naszym Open’erem – bo to też krajowy potentat, bo również skupia w sobie szerokie spektrum gatunkowe, a nawet i program tych dwóch festiwali w dużej mierze się wtedy pokrywał. Dwie edycje spędzone w kompleksie opuszczonej huty Dolni Vitkovice wystarczyły, abym musiał publicznie odszczekać tamte słowa. Colours to zjawisko zupełnie nieporównywalne z żadną inną muzyczną imprezą tej części Europy, które scala w sobie najlepsze wzorce bogatszych kuzynów, a jednocześnie wyzbyte jest karykaturalnych wad, często nieodłącznych przy organizacji tak masowych przedsięwzięć.znaczek

Z dużą radością przyjmowaliśmy tegoroczne ogłoszenia Colours, które z tygodnia na tydzień utwierdzały w przekonaniu, że program imprezy skrojony będzie w naprawdę rozsądny sposób. Nie jest łatwo pogodzić przecież marketingowe aspiracje festiwalu „dla wszystkich”, wraz ze spójną myślą programową, w której trzeba zmieścić cały przekrój muzyki; od folku, przez techno po południowoafrykańskie ethno. Wśród ponad setki koncertów wybraliśmy dziewięć, naszym zdaniem koniecznych pozycji, które zasługują na zakreślenie jaskrawym mazakiem w festiwalowej książeczce. Kolejność wymienionych poniżej artystów odpowiada kolejności ich występów na ostrawskich scenach:

Michael Kiwanuka

Nie zawsze przeniesienie sportowej terminologii do muzyki jest dobrym rozwiązaniem, ale we wspólnej opinii krytyków, Kiwanuka jest jednym z głównych wygranych tegorocznego Open’era. Występujący na scenach już od dobrych kilku lat, ale notujący obecnie wyraźny progres swojej popularności Londyńczyk zachwyca na żywo autentyczną ekspresją wykonań, która świetnie współgra z jakością muzyki jego livebandu. Pozornie delikatne połączenie folku z soulem stanowi w tym wypadku instrumentalną petardę, która w rewelacyjny sposób nawiązuje do improwizowanych jamów z dusznych, małych klubów.

Norah Jones

Niesieni lekko na fali sentymentu do dźwięków minionego wieku, sugerujemy obecność pod główną sceną w czwartkowy wieczór. My nie odpuścimy jednej z najlepiej vibeujących pop wokalistek naszych czasów, która choć ukryta już w dzisiaj cieniu mainstreamowego wyścigu, wciąż wydaje naprawdę solidne płyty (ubiegłorocznie Day Breaks). Nie czerpią one jednak z poprzednich, bardziej kasowych dokonań artystki, ale są ich naturalną, łagodną kontynuacją.

UNKLE

Ciężko nie docenić wkładu Jamesa Lavelle’a i jego projektu w rozwój całej brytyjskiej sceny alternatywnej. Aktywny od połowy lat dziewięćdziesiątych UNKLE to prawdziwie pionierskie spojrzenie na budzący się wtedy triphop i jego związki z całą paletą innych gatunków. Siłą tego składu jest precyzja produkcji i wyrazistość dźwięków, które nie stępiły swojego ostrza przez całe dwie dekady.

Niechęć


To zupełnie nie jest tak, że panowie znaleźli się w tym zestawieniu po to, by lista festiwalowych rekomendacji zawierała w sobie polski pierwiastek. Po prostu serwowana przez Niechęć muzyka jest tak nieoczywistym wynikiem spotkania free jazzu z psychodelicznym, stonerowym momentami rockiem, że nie sposób ominąć ich żywego actu. Ich ostatnia Niechęć została przez nas wybrana jedną z najlepszych krajowych produkcji ostatniego roku, ale studyjny odsłuch to jedynie perfekcyjna zapowiedź tego, z czym spotkamy się na koncercie. Koncert odbędzie się na nieco mniejszej scenie, będącej pod kuratelą czeskiego magazynu muzycznego Full Moon. Oferta programowa tej przestrzeni konstruowana była pod kątem przeżyć prawdziwie duchowych, więc polecamy ją również w całości.

Moderat


Po zakończeniu swojej wydawniczej trylogii, berlińskie trio na dobre wzięło się za żywe prezentowanie swojej muzyki. Światowe trasy koncertowe utwierdzają wszystkich w przekonaniu, że Moderat jest jedną z najlepiej brzmiących na żywo, elektronicznych ekip Europy, a ich progresywnie budowane występy wynoszą materiał z płyt na zupełnie inny poziom. O tym jak dobrze brzmi Moderat live, pisaliśmy świeżo po ich ubiegłorocznym, wrocławskim koncercie.

Machinedrum

Gdy dwa lata temu scena Electronic Stage debiutowała w Ostrawie, zajmowała powierzchnię jednej, naprawdę niewielkiej hali i ulokowana była poza główną aleją imprezy. To, że w tym roku scena stanie pod ogromnym, kilkukrotnie od ów hali większym namiotem, w sercu festiwalowego parku świadczy, że potrzeba elektroniki w Ostrawie jest naprawdę duża. Jednym z jej reprezentantów będzie wydający dla Ninja Tune IDM’owiec Travis Stewart, znany szerzej jako Machinedrum. Amerykanin już kilka lat temu usnuł wokół siebie zupełnie zasłużoną aurę eksperymentatora, balansującego zgrabnie między dzikim jungle, a przepełnionym energią footworkiem.

Christian Löffler & Mohna

Zaraz po Machinedrumie, swój introwertyczny set planowany do bladego świtu rozpocznie Christian Löffler. Minimalistyczne kompozycje wychodzące spod jego ręki w oniryczny sposób wprowadzają w trans budowany na odwołaniach do dusznej natury fauny i flory. Oszczędność dźwięków, przy jednoczesnym maksymalnym ich wykorzystaniu nie jest jedyną sprzecznością w twórczości tego artysty – sprzeczności, które mimo wszystko finalnie idealnie do siebie pasują.

Jamiroquai

Ponownie ciężko pozbyć się subiektywnych sentymentów do popkulturowej mieszanki lat ’90, które przywodzą na myśl całą masę beztroskiej i niczym nieskrępowanej radości. Jeśli jednak na jakieś powroty ówczesnych popstarów liczyliśmy całkiem szczerze, to jednym z nich jest właśnie Jamiroquai. Space Cowboy wrócił do gry po siedmiu latach nagraniowej ciszy, i choć futurystyczną stylistyką nowego Automaton nie zachwycił, to  kompozycyjnie potwierdził swój talent do budowania atrakcyjnych i niebanalnych melodii. Na bok można jednak odłożyć najnowsze produkcje, jeśli w setliście Jamiro znajdą się funkowo-kojące produkcje z czasów Travelling Without Moving.

Justice

Chociaż ubiegłoroczny, szumnie zapowiadany powrót Francuzów z krążkiem Woman wywołał wśród fanów i krytyków raczej ambiwalentne emocje, to nie da się nie zauważyć, że duet Augé i de Rosnay to wciąż jedna z najbardziej elektryzujących pozycji na światowej liście tanecznej elektroniki. Swoją niepodważalną pozycję zbudowali głownie dzięki występom na żywo, podczas których i tak już monumentalna i efektowna (ale nie efekciarska!) muzyka wzmacniana jest równie imponującą grą świateł. Justice to po prostu idealna opcja na zamknięcie Colours of Ostrava 2017.

znaczek

Szesnasta edycja Colours to oczywiście nie tylko muzyka, ale cała tętniąca życiem, kulturalna osada w samym centrum industrialnej przestrzeni. Poza koncertami, równolegle odbywają się tutaj panele dyskusyjne spięte klamrą serii Meltingpot. Nie umniejszając całej reszcie czeskobrzmiących propozycji, my ze szczególną uwagą sprawdzimy odbywający się w czwartek o 20 panel „Kam směřuje polská hudba?”, w którym Jarek Szubrycht (Gazeta Magnetofonowa), Radek Miszczak (agencja Joytown), Andrzej Cała (Noisey Polska), Hirek Wrona i Gabi Drzewiecka (TVN) rozprawiać będą nad kondycją polskiej sceny muzycznej.

Jak wiadomo również, strawa dla ducha wymaga również strawy dla ciała, a w tym aspekcie Colours ponownie zbiera u nas plusy. Z zupełne pragmatycznego punktu widzenia – jedzenie i napoje są tutaj po prostu tanie. Za lane piwo zapłacimy tutaj równowartość 7 złotych, a legendarny już, festiwalowy langosz z wszystkimi dodatkami zamknie się w dyszce. Takie, z pozoru drobiazgowe kwestie naprawdę skutecznie budują wizerunek Colours, jako przyjemnego, otwartego i pozytywnego festiwalu, gdzie na równym poziomie z komercyjnym sukcesem  stoi również interes każdego festiwalowicza.