Parafrazując filmowego klasyka – wrocławski Avant Art Festival od zawsze przypominał pudełko muzycznych czekoladek. Nawet jeśli na papierze program nie skrywał przed uczestnikiem żadnych tajemnic, każdy koncert, set, wystawa, film czy performance były potencjalną niespodzianką, odsłonięciem nowych kart. Poszukiwanie i promowanie nowego – nie tylko w sztuce, ale i w sposobie postrzegania i odbierania sztuki – stało się wizytówką festiwalu. Wycieczki do Rosji, Japonii czy Norwegii tworzyły unikalną artystyczną przestrzeń, a konsekwentne materializowanie bezkompromisowej formuły zrodziło zasłużoną renomę AFF, dzisiaj jednego z najważniejszych i najciekawszych punktów na kulturalnej mapie Wrocławia. Na chwilę przed startem imprezy przyglądamy się muzycznej stronie jubileuszowej, 10. edycji:

Począwszy od techno-kontyngentu, przez jazz/improv eksploracje, fuzje międzygatunkowe, aż po eksperymenty o charakterze ideowo-produkcyjnym i festiwalowe autoreferencje, program AAF 2017 można ująć jako logiczną kontynuację starych oraz inicjację nowych wątków.

Pod kontynuację bez wątpienia można podpiąć czerpanie z zeszłorocznego japońskiego motywu; nowe wątki to z kolei odejście od zapuszczania korzeni w konkretnym państwie, regionie czy kulturze. Wydaje się, że w tym roku najsilniejszym wspólnym mianownikiem proponowanych artystów jest ich podejście do tworzenia – naginanie granic i śmiałe eksplorowanie materii dźwięku.


Regis

Brytyjski producent i DJ w swoich setach objawia zamiłowanie do tego, co mroczniejsze i wyzwalające zarazem, garściami czerpiąc z klubowej tradycji UK. Tutaj rave’owe wstawki zostają zamknięte w materii niepokojącego techno – Regis to muzyczna degeneracja, nawiązanie do tanecznej pierwotności i dawka basu, która dla wielu może okazać się wymagająca. Tak jak świat potrzebuje przyjemnego funkującego house’u, tak samo nie byłby tym samym bez industrialnych, brudniejszych i bardziej zwierzęcych wrażeń, dostarczanych przez artystów takich jak Karl O’Connor. – M. Staniszewska

Powell

Kolejny reprezentant Wielkiej Brytanii, kolejny, który nie tworzy muzyki łatwej, delikatnej i zawsze przyjemnej. Powell to jedno z najmocniejszych nazwisk ostatniego okresu wydawniczego XL Recordings – w zeszłym roku wzbogacił ją albumem Sport, trochę wulgarną, trochę szaloną i bez wątpienia magnetyzującą mieszanką elektronicznych struktur, noise’u i sampli. Eksperyment w swojej najbrudniejszej formie. – M. Staniszewska

Porter Ricks

Pewnych artystów upływ czasu nie dotyczy. Do tego szczęśliwego grona zaliczyć można dwóch niemców, Thomasa Könera i Andy’ego Mellwiga znanych z obrośniętego legendą projektu Porter Ricks. Panowie potrzebowali aż 18 lat by stworzyć następcę dla niezapomnianego klasyka stylistyki dub-techno, czyli Biokinetics, w międzyczasie na regularnie wydając pojedyncze, drobniejsze nagrania, z ubiegłorocznym Shadow Boad EP wieńczącym ten okres pozostawania w delikatnym cieniu. Możliwe, że właśnie ta swobodna i niepowodująca napięcia aktywność pozwoliła im utrzymać formę i świeżość, którą dziś słyszeć możemy na ich drugim albumie pt. Anguilla Electrica. Żeby tego było mało, duet już po raz drugi w tym roku zawita do Polski, by ożywić wspomnienia starych fanów i zdobywać serca kolejnych. – M. Rypel

Łoskot

W tym roku do Wrocławia przybędzie grupa Łoskot, założona przez Mikołaja Trzaskę, znanego także z grania w yassowej formacji Miłość. W tym roku projekt powrócił do życia, potwierdzając to swoją obecnością w lineupie OFF Festivalu. Tam też zaprezentował się w prawie oryginalnym składzie z Mikołajem Trzaską, Olgierdem Walickim, Piotrem Pawlakiem i Macio Morettim, zastępującym Tomasza Gwincińskiego. Trójmiejsko – warszawski skład nie tylko obiecał powrót do regularnego koncertowania, ale również zapowiedział powrót do studia. Nowe nagrania byłyby wyczekiwanym od 12 lat następstwem krążka Sun. W tak mocnej konfiguracji i nowymi pomysłami, po koncercie należy spodziewać się wiele dobrego. – M. Rypel

Ryo Murakami

Przytłaczająco mroczny i namacalny dźwiękowy krajobraz wielkiego miasta. Ryo Murakami opowiada o nim dark ambientem i industrialnymi drone’ami, tworząc paletę wysysającą całe ciepło z przestrzeni w której zagości. To muzyka, która powoli snuje się wraz ze słuchającym po zakamarkach umysłu, prowokuje do wyciągania z niego na pierwszy plan poczucia pustki, zrezygnowania i niemal każdym dźwiękiem wywołując dreszcze niepokoju. Rozlane, miękkie światło, rzęsisty deszcz i betonowo-rdzawa miejska rzeczywistość staną przed oczami każdemu, kto zmierzy się z twórczością Japończyka w Imparcie. – M. Drohobycki

Melt Banana

Pozycja obowiązkowa dla tych, którzy w programie Avant Artu rozglądają się za bardziej klasycznym instrumentarium. Japońska wizja noise rocka w wydaniu (obecnie) duetu o statusie kultowego powinna zachwycić każdego, kto lubi gitarowo-perkusyjną nawałnicę z eksperymentalnym zacięciem. Jeżeli odrzucają Cię piskliwe, przerysowane wokale dziko wirujące wśród połamanych, jazgotliwych riffów i dosłownie wbijających się w głowę bębnów, które są zaprogramowane tak gęsto, że uderzają jak młot, to kontakt z muzyczną wizją Yako i Agaty może być trudnym doświadczeniem. Cała reszta powinna bawić się znakomicie. – M. Drohobycki 


Pełny program festiwalu, obejmujący nie tylko wydarzenia muzyczne, znajdziecie na stronie Avant Artu, bilety do złapania za pośrednictwem Going. Niedługo na naszej stronie pojawi się również zapowiedź warszawskiej odsłony imprezy.