Kiedy idea jest dobra, powinniśmy dołożyć wszelkich starań, aby jak najskuteczniej i jak najszybciej rozprzestrzeniała się po świecie – do takich wniosków musieli dojść organizatorzy Avant Artu, który od wczoraj cieszy nastawioną na nowe muzyczne doznania wrocławską publiczność. Jubileuszowa, 10. edycja festiwalu okazała się naprawdę wyjątkową i to nie tylko dlatego, że wyjątkowość jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych fundamentów AAF. W tym roku impreza po raz pierwszy prezentuje się nie w jednej, a w dwóch odsłonach – 2 października rusza ta warszawska, w dużej mierze skupiona na nowym brzmieniu Wielkiej Brytanii. Od tej strony przynajmniej postaramy się ugryźć to na naszych łamach, niżej prezentowane nazwy uznając za niezaprzeczalnych zwycięzców w wyścigu o miano line-upowych highlightów.

W jednym z udzielonych kilka lat temu wywiadów, Powell powiedział, że – stanowiąca serce tej brytyjskiej – londyńska klubowa scena jest nieco przytłaczająca. “There’s just too much of everything, so no one really goes to anything.” UK pęka w szwach, liczba zespołów, muzyków, producentów, DJów i klubów jest większa niż kiedykolwiek w historii, tym bardziej trudno o esencję wyspiarskiego brzmienia. I może o to tak naprawdę chodzi? O naturalną, wynikającą z artystycznej ewolucji różnorodność – ta dla jednych zjada własny ogon, a dla drugich wysuwa szereg możliwości, o których inne klubowe społeczności mogą jedynie pomarzyć.

Avant Art od zawsze słuchacza trochę edukował – otwierał na nowe zjawiska, czasem zachwycał, czasem zawodził, a czasem dezorientował i zawsze starał pokazać się unikalne ingredienty danej muzycznej kultury, nieważne czy chodziło o Norwegię, Rosję czy o Japonię. Tym razem zabiera nas do mekki dla miłośników neo-plemiennego rave’owego zapomnienia, industrialu, duszności i zbudowanego na połamanym brzmieniu grime’u. Jeśli zapowiedziany zestaw prezentuje się na żywo chociaż w połowie tak dobrze, jak na papierze, to trudno spodziewać się jakichkolwiek zawodów. 


Babyfather

Artystyczny umysł Deana Blunta prawdopodobnie nawet dla jego największych fanów ciągle pozostaje nie do końca odkrytą zagadką. Zamglone sample, lo-fi, porwane sekwencje, dream popowe wycieczki, leniwe wokale i spinająca całość senna atmosfera. Czasem sny są dobre, czasem koszmarne – raz dostarczają błogości, raz wyraźnego zaniepokojenia, kiedy indziej opierają się na umiejętnie skonstruowanej ambiwalencji. Blunt potrafi manipulować emocjami i robi to bez odkrywania wszystkich kart – to bardzo liryczna w swojej surowej formie muzyka pełna życia, w dobitnie realnym tego słowa znaczeniu, ze wszystkimi jego negatywami i pozytywnymi aspektami.

Powell

O tym panu można było przeczytać kilka dni temu w zapowiedzi wrocławskiej edycji AFF. Powell to jedno z najmocniejszych nazwisk ostatniego okresu wydawniczego XL Recordings – w zeszłym roku wzbogacił ją albumem Sport, trochę wulgarną, trochę szaloną i bez wątpienia magnetyzującą mieszanką elektronicznych struktur, noise’u i sampli. Dla Powella muzyka nie musi być przyjemna, gładka i łatwo przyswajalna. To fan brutalnego eksperymentu, zachęcania poprzez uwydatnianie, nie ukrywanie pewnych braków dźwięku. W jego twórczości od momentu debiutanckiej EP, wymownej chociażby przez sam tytuł, The Ongoing Significance of Steel and Flesh, słyszymy pochwałę surowości i garażowej szkoły produkcji.

Flowdan

Poza granice Wielkiej Brytanii grime wypłynął stosunkowo niedawno – do pewnego momentu ta osadzona na połamanych bitach uliczna nawijka pozostawała towarem wolnym od światowego rozgłosu. Ostatnimi laty jej pionierzy zyskują jednak na popularności. Niektórzy bardziej, niektórzy mniej – w drugiej grupie plasuje się Flowdan, bliski współpracownik artystów takich jak Wiley czy Kevin Martin, znany m.in. pod aliasem The Bug. Jego warszawski występ to dla uczestników Avant Artu okazja do zetknięcia się z precyzyjną, zwierzęcą melorecytacją, która nie ma najmniejszych problemów z ujarzmieniem basowych instrumentali. Swoim niskim wokalem Flowdan zapuszcza się w rejony dubu, reggae, hip-hopu i klasycznego broken beatu, zachwycając odbiorców od pierwszych chwil swojego pobytu na scenie.

Actress

Na swoim ostatnim albumie Actress postanowił zdekonstruować parkietowe struktury, serwując coś, co w recenzji dla portalu The Guardian Alexis Petridis określił mianem introwertycznego spojrzenia na muzykę taneczną. Tym bardziej dziwi zamysł, jaki artysta przygotował na swoje DJ sety – z jednym z nich pojawił się na tegorocznej edycji festiwalu Nowe Horyzonty, serwując mieszankę house’u, disco i zdecydowanej dominacji ciepłych, klasycznie parkietowych brzmień. Nieco boli fakt, że jego djskie umiejętności nawet nie są bliskie dogonienia tych producenckich, jednak muzyczne selekcje wielkich umysłów nigdy nie są złym planem na spędzenie sobotniego wieczoru, prawda?

Regis

Ostatni z wyróżnionych tutaj panów w swoich setach objawia zamiłowanie do tego, co mroczniejsze i wyzwalające zarazem, garściami czerpiąc z klubowej tradycji UK. Tutaj rave’owe wstawki zostają zamknięte w materii niepokojącego techno – Regis to muzyczna degeneracja, nawiązanie do tanecznej pierwotności i dawka basu, która dla wielu może okazać się wymagająca. Tak jak świat potrzebuje przyjemnego funkującego house’u, tak samo nie byłby tym samym bez industrialnych, brudniejszych i bardziej zwierzęcych wrażeń, dostarczanych przez artystów takich jak Karl O’Connor.


UK sound to wielogatunkowy organizm – im dalej w las, tym bardziej człowiek gubi się w gąszczu dźwięków, prób eksperymentu i intensywnie rozrastającej się spuściźnie jednych z najstarszych klubowych kultur świata. Właśnie to w Wielkiej Brytanii najbardziej upaja, nie pozostawia obojętnym; skrywa sztuczki pozwalające na zdobywanie kolejnych oddanych całym sercem fanów. Trudno uwierzyć, że tak znakomity ułamek tego unikalnego świata pojawi się u nas na przestrzeni jednego weekendu. 

Pełen program wydarzenia znajdziecie na stronie festiwalu; bilety na poszczególne koncerty i imprezy do zdobycia za pośrednictwem Going.