Jakoś nie do końca możemy się polubić z najnowszym singlem Janelle Monáe. Może “PYNK” szkodzi fakt, że nadszedł bezpośrednio po pysznym “Make Me Feel”, a może po prostu tym razem zabrakło nie treści, a opakowania? Wokalistka odpowiedzialna za pamiętny The ArchAndroid na Dirty Computer wyraźnie wkracza na grunt seksualnego wyzwolenia. Poprzednim singlem uruchomiła falę spekulacji dotyczących jej orientacji, a tym razem celuje w motywy celebracji kobiecości, człowieczeństwa i samoakceptacji. Te zresztą są dość dosłownie akcentowane w estetycznym, pastelowym klipie w reżyserii Emmy Westenberg, gdzie już na początku witają nas waginalne kostiumy i sugestywnie prezentowane owoce. Sęk w tym, że cały manifest wypada zbyt szkicowo w najbardziej nas interesującej warstwie – muzycznej. Nie dzieje się tam zbyt wiele, zwrotki w całej swojej subtelności wpadają w niebezpiecznie generyczny ton rodem z ubiegłej dekady, a sytuacja poprawia się dopiero w kontrastowo rozbuchanym refrenie, będącym potwierdzonym hołdem dla “Pink” z repertuaru Aerosmith. Tam pierwsze skrzypce grają udane harmonie wokalne Janelle i Grimes, pełniącej rolę niemal niezauważalnego, ale wnoszącego istotny pierwiastek gościa.