Halfway Festival Białystok 2016 [RELACJA]

Halfway Festival  jak żubr powinien być gatunkiem chronionym.

Wracając  z pierwszego dnia tegorocznego Halfway Festival próbowałam przybliżyć temat sympatycznemu taksówkarzowi.

– A dziś w tej operze jakiś koncert?
– Festiwal proszę Pana – Halfway Festival. W połowie drogi.
– W połowie drogi do czego?
– W połowie drogi między Zachodem, a Wschodem, Południem a Północą. Muzycznie. To taka metafora.
– Aha…, to jaką muzykę tam grają?

[Trudne stanęło przede mną zadanie]

– Hmm niezależną, autorską. Muzycy reprezentują różne gatunki. Grają np. rocka, folk
– Folk? Coś jak Golec Orkiestra?

Nie ukrywajmy, sporo miejscowych nie jest dobrze zaznajomiona z tym festiwalem. Bo Halfway nie jest imprezą masową – wymusza to rodzaj serwowanej tu muzyki. Festiwalowe plakaty nie krzyczały na miejskich bilbordach. Krajobraz Białegostoku w tym roku zdominowały za to podobizny Thomasa Andersa, który występował na dniach miasta i zespołu Akcent – gwiazdy odbywającej się w ten sam weekend gali disco-polo, dumy miasta. Można więc powiedzieć że Halfway miał nie lada konkurencje, choć organizatorzy nie muszę z nikim walczyć o audytorium. To wydarzenie ma własny krąg nieprzypadkowych odbiorców, którzy wracają do amfiteatru Opery i Filharmonii Podlaskiej każdego roku w ostatni weekend czerwca. Ten krąg zresztą stale się powiększa, bo nie ma na kulturalnej mapie Polski tak kameralnego i niepowtarzalnego w swojej atmosferze festiwalu. Miasto Białystok powinno być dumne, autorka tekstu – wrocławianka szczerze im zazdrości.

Nie tylko folk i nie tylko muzyka

Halfway nie jest już tylko festiwalem ściśle nastawionym na folk i muzykę songwriterską. W tegorocznej piątej edycji, która odbyła się w dniach 25-27 czerwca organizatorzy postawili na gatunkową różnorodność. Zabrzmiały więc m.in. techno blues, post punk z Islandii, sporo americany, melancholia z dalekiej Północy i żywiołowa fuzja dźwięków prosto z Bliskiego Wschodu.

W tym roku organizatorzy zadbali również o wydarzenia towarzyszące. Przed koncertami można było wybrać się na śniadanie na trawie i panele dyskusyjne w  klubie Gram Off On. Niektórzy z artystów znaleźli czas między próbami, by gościć na lekcji muzycznej geografii. Eivor, Mammut i Acollective jako przedstawiciele Wysp Owczych, Islandii i Izraela opowiadali, jak szerokość geograficzna i pogoda mogą wpływać na ich muzykę. Były również ciekawe spotkania autorskie i wystawy dotyczące Wysp Owczych i Norwegii.

Miejsce czyli piękny skąpany w zieleni amfiteatr Opery i Filharmonii Podlaskiej doskonale dopełnia charakter wydarzenia. W przerwach od koncertów festiwalowicze mieli do dyspozycji leżaki. Relaks przy DJ secie pod nazwą chillout z innejbajki zapewnili Dtekk i Grobel, którzy raczyli skandynawskimi dźwiękami, a nawet soundtrackiem z Twin Peaks.

Trzydniowa muzyczna uczta

Zgodnie z tradycyjną festiwal rozpoczął lokalny wykonawca. W tym roku był to zespół Byen, który zaprezentował publiczności utwory ze swojej debiutanckiej płyty “Kino Pokój”. Godzinny set zespołu upłynął pod znakiem solidnego gitarowego grania przyprawionego sporo dawką syntezatorów, które przewodziło na myśl pop-rockowe brzmienia z lat 80. i 90. ubiegłego wieku. Jednak wokal, choć melodyjny, nie przebijał się wyraźnie przez ścianę dźwięku. Po występie Byen nastąpiło małe przetasowanie, line-up uległ zmianie. Kolejny na scenie pojawił się Destroyer i przyniósł do Białegostoku powiew Nowego Jorku. Sceniczne zachowanie i sarkastyczne teksty Dana Bejara wyjętego jak z filmu Coenów Co jest grane Davis? świetnie kontrastowały z żywiołowym zespołem. A był to nie lada popis doskonałych instrumentalistów z energią jazzowego big bandu. Na żywo zabrzmiały m.in. Kaputt, Times Squere, Bankok i Savage Night at the Opera. Z kolei północ należała do bristolskiego Ilya. Joanna Swan uwiodła publiczność swoim głosem, urokiem osobistym i wielką charyzmą. Zespół – jak wiele gości tegorocznego Halfway – pierwszy raz występował w Polsce. W Białymstoku zagrali zarówno piosenki z pierwszej płyty, jak tegorocznego “Gospel” – nietuzinkowe połączenie wielu gatunków jak trip-hop, jazz, soul i pop. Ilya zakończył pierwszy dzień. Dla wytrwałych więcej festiwalowych emocji czekało w kultowym klubie Zmiana Klimatu.

byen_HF_cykady.com
Byen, fot. cykady.com
Destroyer_HF 2016_cykady.com
Destroyer, fot. cykady.com
Ilya_HF2016_cykady,com
Ilya, fot. cykady.com

Drugi dzień festiwalu otworzył Tobiasz Biliński ze swoim projektem Coldair. Dość niefortunna była to pora, bo w tym samym czasie nasza reprezentacja piłkarzy grała ze Szwajcarią. Frapująca nieco zimna elektronika grana przez Coldair była całkiem niezłą ochłodą na sportowe emocje i panujące upały. Muzycznie znacznie lepiej wypadli Estończycy z Odd Hugo. Ich występ na pewno ucieszył wielbicieli folku spod znaku Fleet Foxes i Andrew Birda, dodatkowo wokaliści dali się poznać jako świetni gawędziarze, którzy swobodnie rozmawiali z widownią. Pieśniarka Eivor zaczarowała swoimi muzycznymi opowieściami z dalekich Wysp Owczych, śpiewanymi w językach angielskimi i farerskim. Zawiał prawdziwy nordycki wiatr. Mimo lirycznego śpiewu okazała się prawdziwym wulkanem energii, zwłaszcza gdy grała na bębnie. W kilku utworach jej zespołowi towarzyszyła orkiestra Filharmonii i Opery Podlaskiej pod batutą Kazimierza Dąbrowskiego. Właśnie na takie wykonanie jej On My Way to Somewhere czekałam. Dla wielu Eivor stała się nowym muzycznym odkryciem, a jej muzycy dodatkowo zapunktowali w oczach widzów, wdziewając biało-czerwone koszulki. Dowcipni i sympatyczni panowie z izraelskiego Acollective przez niemal cały festiwal konsekwentnie blefowali o swoich klezmerskich korzeniach. W sobotni wieczór zaserwowali nam jednak energetyczny koktajl rocka, folku, popu i funku doprawiony rytmami z Bliskiego Wschodu, czym skutecznie porwali publiczność do tańca.  Występ Ane Brun to klasa sama w sobie. Imponujący wokal, zwinne ruchy i charyzmę norweskiej divy dopełniał doskonały zespół instrumentalistów, na uwagę zasługiwali szczególnie pianista i dwóch perkusistów. Był ogień, taniec, ale też skandynawska melancholia. Na bis Ane wystąpiła w pojedynkę, akompaniując sobie na klasycznej gitarze. I było to godne zakończenie drugiego dnia muzycznych spotkań w Białymstoku. 

Odd Hugo_HF 2016_cykady.com
Odd Hugo, fot. cykady.com
13495398_1053781144706836_7718737906125566424_o
Eivor, fot. cykady.com
Ane Brun_HF 2016_cykady.com
Ane Brun, fot. cykady.com

Niedzielne występy zainaugurował techno blues prosto z Mińska czyli zespół Intelligency. Dość interesujące połączenie electro, techna i gitarowych riffów ze sporym potencjałem na rozgrzewanie klubowych parkietów. Chmury kłębiące się nad amfiteatrem skutecznie przegonili Amerykanie z Giant Sand. Howe Gelb wraz z zespołem próbowali przywołać polski deszcz. Ubrani jak prawdziwi kowboje przynieśli  jednak na scenę gorący klimat z południa Stanów. Co prawda muzyczne rejony, które reprezentują czyli root rock, country i americana nie trafią do każdego, jednak nie można odmówić im umiejętności i energii na miarę prawdziwych gwiazd rocka. Potem nastąpiła kolejna  zmiana o 180 stopni – zarówno pod względem stylu, jak i szerokości geograficznej. Post-punkowy Mammut udowodnił, że Islandia to nie tylko melancholijne plumkanie. Mroczne, drapieżne gitarowe brzmienie i neurotyczny wokal bardzo spodobały się białostockiej publice, choć mnie ich występ nieco rozczarował jednostajnością. Organizatorzy festiwalu zaznaczyli, że polscy artyści są niemniej ważni w tej edycji, dlatego przedostatni występ poprzedzający Wilco należał do Julii Marcell. Nie zabrakło takich hitów jak Matrioszka i Tarantino. Dominowały polskojęzycznej utwory z nowej płyty “Proxy”. Nie jestem wielką fanką tego albumu, ale Julia Marcell bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła jako dobra gitarzystka i showmanka, świetnie potrafiąca nawiązać kontakt z publicznością.

Przed ostatnim koncertem emocje sięgały zenitu, a bęben z kociakiem z okładki “Star Wars” był tłem dla wielu selfie. Tej ciepłej nocy Wilco udowodnił, że nie bez przyczyny został okrzyknięty przez “The Rolling Stone” jednym z najlepszych zespołów koncertowych świata. Z łatwością mogliby zapełnić jedną z koncertowych aren lub grać na głównej scenie Open’era, ale na swój pierwszy koncert w Polsce wybrali właśnie Białystok. I patrząc na uśmiech, który nie schodził z twarzy Jeffa Tweedy’ego chyba nie żałowali swojego wyboru. Przez dwie godziny zafundowali nam podróż przez najważniejsze albumy w swojej dyskografii. Zabrzmiały największe hity jak choćby Jesus etc i I am trying to break your heart, a zespół co utwór zmieniał gitary, których mieli ze sobą chyba z piętnaście. Na koniec zagrali piękny akustyczny bis z towarzystwem banjo. Chyba każdy fan Wilco został usatysfakcjonowany tym popisowym koncertem.

Giant Sand_HF 2016_cykady.com
Giant Sand, fot. cykady.com
mamut_HF_cykady.com
Mammút, fot. cykady.com
Julia Marcell_HF 2016_cykady.com
Julia Marcell, fot. cykady.com
Wilco_HF 2016_cykady.com
Wilco, fot. cykady.com

“Klaskaniem mając obrzękłe prawice

“Blisko ludzi, blisko muzyki”, czyli hasło tego festiwalu, nie jest żadnym pustym sloganem. Poza możliwością poznania nowej, wartościowej i nietuzinkowej muzyki, największą siłą jest kameralna, ciepła atmosfera. Publiczność, która docenia i nieraz otrzymała pod swoim adresem wyrazy uznania (a usłyszeć je od Dana Bejera czy lidera Wilco to nie byle jaki komplement). Artystów od publiczności nie oddzielały żadne barierki. Każdy występ był sowicie oklaskiwany, a wykonawca zobligowany do bisu. I znalazły się chwile na drobne miłe gesty jak wspomniane koszulki zespołu Eivor, polskie teksty wokalistów Odd Hugo (którzy przyznali się do pomocy Google Tłumacza), łakocie, które powędrowały z widowni dla zespołu Mammut (jak dobrze pamiętam Prince Polo), czy setlista Wilco, którą dostała do ręki ich wierna fanka. Poza tą szczególną relacją na linii artyści – publiczność byli jeszcze organizatorzy – zaangażowani, przystępni i serdeczni jak starzy znajomi oraz najbardziej dyskretna ochrona, jaką miałam okazję zaobserwować. I to chyba najważniejsze poza line-upem i miejscem składniki przepisu na ten festiwal magiczny.

Przed wyjazdem na tegoroczną edycją wypunktowaliśmy 10 powodów dla których warto pojechać na Halfway [tutaj]. Teraz z pewnością znalazłoby się dużo więcej. Oby Halfway Festival Białystok doczekał się jeszcze z pięćdziesięciu wspaniałych edycji. Ja już czekam na kolejną. A swój tekst dedykuję Panu taksówkarzowi – mam nadzieję, że za rok zobaczymy się w połowie drogi!