Gil Scott-Heron / Makaya McCraven – We’re New Again, recenzja

Finalny album jednego z najbardziej wpływowych songwriterów poprzednich dziesięcioleci wielokrotnie stanowił bazę do różnego rodzaju interpretacji. Po wielu próbach – często całkiem udanych, jak choćby ta autorstwa Jamiego xx – doczekaliśmy się w końcu najciekawszej. Dokładnie 10 lat (co do dnia) po premierze I’m New Here oryginalne wokale z albumu zostały wykorzystane w tak dobry sposób, że Gil Scott-Heron prawdopodobnie tylko uśmiecha się gdzieś z góry.

Przypadek Herona jest o tyle ciekawy, że jedno z bezapelacyjnie najlepszych wydawnictw tego artysty-instytucji (w telegraficznym skrócie: poety, pianisty, bojownika o prawa człowieka, protoplasty rapu) okazało się zarazem jego ostatnim. Prosty mechanizm: przez to dziesiątki hołdów / sampli / cytatów Amerykanina zawiera właśnie dźwięki zgromadzone na I’m New Here. Skalę szerokości wpływu, jaki pozostawiła po sobie jego spuścizna pokazuje różnorodność stylistyczna sięgających po owe motywy artystów – wszak prócz wspomnianego wcześniej lidera The xx mamy tu choćby skrajnie popowe strzały Drake’a i Rihanny, a z drugiej strony znacznie bardziej podziemne interpretacje autorstwa Flatbush Zombies na jednym z ich mixtape’ów. Nigdy wcześniej jednak próba zmierzenia się z finalnym materiałem byłego bojownika Czarnych Panter nie przypadła komuś, kto dogłębnie wywodziłby się z estetyki podpisanej nazwiskiem Gil Scott-Heron. I w tym momencie na białym koniu wjechał Makaya McCraven.

A kto to taki?

McCraven – producent, ale przede wszystkim perkusista jazzowy – jak nikt wcześniej dogłębnie zdał się zrozumieć klimat sesji towarzyszących nagrywaniu I’m New Here. Klimat brudny, ponury, łączący charakterystyczne brzmienie bluesologista z gęstą, nieco dubową atmosferą. To raz. Kolejna z kluczowych rzeczy postanowionych przez McCravena to trzymanie się drugiego planu. Zamiast próby przerobienia nagrań Herona na swoją modłę mamy więc coś na kształt – cóż za jazzowe określenie! – obudowania. Obudowania, które nie dotykając choćby jednym palcem oryginału treści, nadaje jej dodatkowy wydźwięk.



Przykłady? Już na samym początku. Prześliczne, kapitalnie zaaranżowane “I’m New Here”, chyba mój ulubiony fragment całej płyty. Połamana, dodająca niepokoju rytmika w “New York is Killing Me”. Zaskakujące “I’ll Take Care of You”, gdzie interpretacja zdaje się iść w całkowicie przeciwnym kierunku, niż w najpopularniejszych numerach wykorzystujących ten motyw. Mało? Kapitalny closer w postaci “Me and the Devil”. Z całą sympatią do wersji pierwotnej, ale ten numer po prostu tak powinien brzmieć. Od samego początku. Smaczku dodaje odczucie kontaktu z przemyślaną całością. Wrażenie obcowania z reinterpretacją materiału autorstwa fana rzeczonych dźwięków jest tu wszechobecne, no i chyba o to chodzi.

No i jak to oceniamy?

Nie wiem (i nie dowiem się) co podczas odsłuchu We’re New Again czują osoby niekoniecznie osłuchane z pierwowzorem sprzed dekady. Nie zmienia to faktu, że zazdroszczę im zaprzyjaźniania się z tym materiałem właśnie w formie zaproponowanej przez Makayę McCravena. I niech to posłuży za wystarczającą rekomendację. Gdybyśmy dawali cyferki, to bym dał dużo.