Bracia Waglewscy pokusili się o odmrożenie skutego lodem Mamuta i dokładne przebadanie go. Ruch ten był do przewidzenia i nie ma w nim niczego zdrożnego. Przecież sporych gabarytów zwierzę sprzed 2 lat uplasowało projekt Fisza i Emade na górnej półce polskiej muzyki popularnej, nie nadając już rozpędu, a stabilizując ich sytuację na rynku. Trudno się dziwić. Ich przedostatnie dzieło to bardzo zjadliwa i szykowna mieszanka stylów, opatrzona fantastycznymi jak na główny nurt tekstami i czarująca ciepłym i przejrzystym miksem, definiującym właściwie to, czym jest Tworzywo. Do tego warto zaznaczyć promocyjny i przede wszystkim merytoryczny wpływ Katarzyny Nosowskiej i Justyny Święs – ich wkład to wartość dodana poprzedniego albumu. Sukces oparty na tych wszystkich czynnikach to dobry przykład, jak tworzyć rzeczy niebrawurowe, a jednak przyciągające słuchacza i satysfakcjonujące. Na tej kanwie, jak mniemam, powstawał najnowszy longplay Fisza, Emade, no i Tworzywa.

Wsłuchując się w kolejne linijki wyśpiewywane przez charyzmatyczny głos Bartka, da się wywnioskować, że Drony są poświęcone współczesności. Temu, jaki mamy zastany obraz społeczeństwa bądź całej ludzkości. Taka narracja może momentalnie kojarzyć się z wystawianiem ocen, wartościowaniem wymierzonym w moralność czy godność, jaką obecnie prezentują ludzie. Podmiot liryczny nie proponuje nam jednak nic podobnego – jest bardziej jak cichy obserwator, a nawet uczestnik, który ulega rzeczywistości, czasami działając świadomie, a  czasami płynąc z nurtem, jaki wywierają na nim “nasze czasy”. Wszelkie jego słowa są po części strumieniem myśli, który faktycznie oddaje to, co dzieje się obecnie chociażby w kwestii przepływu informacji. Dobrze obrazuje to “Komputer”, wywierając wrażenie potoku nieuchwytnych słów, za którymi stara się tylko nadążać mózg. Muzyka robi w tym przypadku najlepszą robotę, kontrastując z sypiącym się jak piasek tekstem i wyciszając nas, kiedy ucicha głos Fisza.

Prowadzący nas niejako przez swoje doczesne życie, główny bohater nie ukrywa swoich ekscytacji, lęków, starań, dołów. Towarzysząc mu, jesteśmy w stanie sami dojść do tego, czym właściwie jest otaczający nas świat, jak działają na nas tytułowe komputery, samochody czy telefony. Momenty zwątpienia, choć wciąż nieobarczające nikogo odpowiedzialnością i nieoceniające, dają się we znaki regularnie. Jeden z mocniejszych takich akcentów pojawia się w “Sarnach”, kompozycji przepełnionej niepewnością, bijącą nie tylko z oprawy muzycznej, ale najmocniej z tekstu, który zauważa, że nigdzie nie możemy czuć się bezpiecznie, będąc wciąż podglądani i kontrolowani. Zestawienie dzikości lasu i zdobyczy współczesnej nauki, powiązanych z wzorem cywilizacji – miastem. Na podobnych obrazach, miejscami postapokaliptycznych jak “Parasol” i “Fanatycy”, innym razem demonicznych jak w “Bzyku”, bazuje całość Dronów, stając się przez to w pewien sposób albumem konceptualnym, choć klasyczne znaczenie tego terminu raczej zda się tutaj na nic.

To, co Waglewscy wynieśli z Mamuta, to bez wątpienia sposób komponowania muzyki. Barwne, choć z dużą przewagą kolorów ciepłych, aranżacje są po raz kolejny oparte na zdobyczach elektronicznych, proponując nam dużo syntetycznych obrazów, prowadzonych rzecz jasna przez głębokie, bezkresne wręcz doły basu. Tu warto zatrzymać się przy funkującej konstrukcji kilku melodii, w której duet gitary elektrycznej i basowej czerpie w przepiękny sposób z dorobku lat 70-tych. Pięknie plumkający “Fanatycy” czy “Parasol” to przykłady klasycznego podejścia do tematu groove’u, jednak największe wrażenie robi wspomniany również “Bzyk” – technicznie i produkcyjnie gęsty od szalonego funku, w którym syntezator brzmi po prostu fantastycznie, lawirując między kolejnymi uderzeniami beatu, po prostu odlatując w kosmos. Ponadto ucho pieszczą raz po raz świetne refreny i dużo wciągających harmonii. Równie masywna satysfakcja, co przed dwoma laty.

Bezrefleksyjny odbiór Dronów może łatwo doprowadzić do konkluzji, że jest to krążek kontynuujący sukces swojego poprzednika. Jest to stwierdzenie jednak tylko (albo i aż) w połowie mylne. Muzycznie, mamy tutaj faktycznie do czynienia, może nie tyle ze stagnacją, co ze zmniejszeniem nacisku na wyrazistość brzmienia czy jego wagę. Ciężar przenosi się zdecydowanie na warstwę liryczną, która prowadzi nas w bardzo ciekawy świat spostrzeżeń, które często mogą umykać nam, jako obserwatorom rzeczywistości. Choć błyskotliwe, nie są to podróże po meandrach świadomości, które mogłyby faktycznie budzić w nas poważniejsze myśli o stanie dzisiejszej cywilizacji. Od Fisza i spółki dostajemy coś na kształt materiału poglądowego, opartego na doświadczeniach dojrzałego członka społeczeństwa, doznającego wielu nowych bodźców związanych ze zmianami, jakie mają dzisiaj miejsce na świecie.

Najlepsze momenty: “Parasol”, “Bzyk”, “Komputer”.

ocena6