Intryguje nas, gdy miesza się sacrum i profanum. Światy bezwzględnie oddzielone wyłącznie przez granice, które mamy w sobie – efekt uboczny kultury i tradycji. Jesteśmy zdolni doszukiwać się jednego w drugim. Dzięki temu nigdy nic nie będzie pewne. Szczególnie łatwo przychodzi nam umownych świętości doszukiwać się w świecie materialnym. Cuda są tego przykładem nadrzędnym. Jeżeli wierzyć tylko w muzykę, a dokładniej w rap, to ostatnio świątobliwie panuje nam Kendrick Lamar. W piątek podobno symbolicznie umarł, ale niech żyje.

Przedwczoraj na półki sklepowe trafiło kolejne LP Lamara, zatytułowane DAMN. Jego egzystencjalna tematyka połączona z tajemniczą i pełną charyzmy sylwetką twórcy wzbudziły w słuchaczach poczucie, że pod wierzchnią skorupą medialną może jednak kryć się coś więcej. Fani artysty, obserwujący jego nietypową aktywność na portalach społecznościowych, mają nie lada okazję do włączenia swoich nadludzkich zmysłów. Raper co krok publikował przed najnowszą premierą zastanawiające wpisy, niezawsze możliwe do interpretowania wprost. Tak jak tropiciele reptilianów czy masonerii, jego fani nie będą mieli problemu, by poszukać śladów w każdym możliwym miejscu. Sam lubię teorie spiskowe, bo są interesujące jako historie czy podania, ale również dlatego, że posiadają pewne napięcie. Nie mamy pewności, że wydany wczoraj krążek jest analogią do śmieci Jezusa, a dzisiejsze święto Wielkiej Nocy uczcimy przy dźwiękach kolejnego albumu. Jest to jednak coś więcej niż wiara w Yeti.

Dlaczego nie myślimy w podobny sposób o innych płytach wydanych w Wielki Piątek? Bo nie mówią o tym, o czym K-Dot, czyli sprawach życia i śmierci bądź godności. Nie prawią morałów tak głośnych jak on. Ponadto sam autor swoją tajemniczą aktywnością, oddaloną od tego, co serwują inne supergwiazdy, podsyca atmosferę ciekawości. Dociekliwi słuchają nowej muzyki od tyłu, interpretują słowo po słowie, linijka po linijce (by nie być gołosłownym, podrzucam obowiązkowy wątek na Reddit). To prawda – można bez większych problemów spodziewać się podobnego zagrania po artyście uduchowionym. Ciekawsze jednak, dlaczego właściwie się tego spodziewamy?

Wracając do początku – bo potrzebujemy trochę misterium nawet w produkcie, jakim jest album muzyczny. To prawda – muzyka nie musi być tylko towarem, i dla wielu nie jest, ale daleko jej do książkowej definicji religii. A zatem jest w niej miejsce na przełamanie czy boski pierwiastek. Kendrick nie jest pierwszy – znamy teorie o niebiańskich lub wręcz przeciwnych konszachtach z artystami. To napędza nas duchowo, nadaje sens – pozwala redefiniować pewne schematy powtarzane w kulturze. Dla fanów rapera takie wieści to woda na młyn, budująca sylwetkę bohatera twardszą nawet niż ze spiżu. Po to ludzkość wymyśliła herosów. Pokazują, że niebiański pierwiastek może tkwić w każdym. Im bliżej jest nas, tym czujemy się bezpieczniej. A może po prostu każde społeczeństwo tworzy swoją mitologię?