Nie ukrywajmy, zestawienie w postaci: Chance The Rapper, Berlin i Columbiahalle, tworzy w głowie niesamowite wizje. Znajomość obycia scenicznego, jakim dysponuje Chano, renomy koncertowej stolicy Niemiec oraz wspomnianej, konkretnej lokacji wskazują jednoznacznie, że wydarzenie będzie nie tylko duże i głośne, ale przede wszystkim profesjonalne. Apetyt podsycały również nagrania z poprzednich przystanków trasy Magnificent Coloring World Tour. Kiedy przyjechaliśmy na miejsce, nie zapowiadało się na słoneczny dzień. Nie przeszkadzało nam to jednak w czerpaniu przyjemności z odwiedzin i oczekiwaniu na wieczorny występ. Wizja kolorowego, pełnego energii i radości seta Chance’a nie wydawała się wtedy ani trochę realna. Dwa różne światy. Do 19:30 nie było mowy choćby o jednym promyku słońca. Na szczęście pojawił się Samm Henshaw.


Zanim publiczność mogła cieszyć się z koncertów, musiała przedostać się oczywiście przez wrota Coulmbiahalle. Ich otwarcie niestety opóźniło się trochę, co poskutkowało małym zamieszaniem. Czekające pod halą tłumy trawiła niecierpliwość, a organizatorzy nie byli w stanie poradzić sobie z napierającym tłumem, który, w przypływie emocji, nie był w stanie uformować zgrabnej kolejki. Bramkami wpuszczano zatem w chaosie i gwarze, który nie służy wizerunkowi oraz bezpieczeństwu. Pół godziny później, gdy każdy zakupił już wymarzone piwo i ustawił się pod sceną, przed zebranymi, wraz z niemałym zespołem, stanął Henshaw. Prezentacja większości materiału z pierwszej EP-ki zakończyła się sukcesem. Publika kupiła każdą nutę i każde słowo, jakie przekazywały głośniki. Live-band wspierający artystę tylko dodał wykonaniom klasy i dowiódł, że R&B jakim zajmuje się wokalista, najlepiej sprawdza się z żywą muzyką. Świetną robotę robiła dosyć rockowo brzmiąca gitara solowa. Genialnie radził sobie też perkusista. Szczególnie porwały „Better” oraz wzruszające „Only Wanna Be with You”.

Między występem Samma a setem głównej gwiazdy, zgodnie z planem na scenę wkroczył Jay Prince. Zanim na deskach stanął sam raper, oczom publiki ukazał się jego DJ i, jak wynikało z całego seta, również hypeman, Ralph Hardy. Brytyjski producent rozgrzał publiczność kilkoma sloganami, włączył przycisk play i… nie wydarzyło się nic wyjątkowego. Co więcej, nic nie było szczere. Ani postawa Hardy’ego, który za deckami zwyczajnie się obijał, ani tym bardziej flow i zachowanie naszego londyńskiego emce. Zamiast porządnego kopa energii, którego spodziewać się można było po londyńskim artyście, dostaliśmy ponad pół godziny zabaw z publicznością oraz powtarzania na okrągło refrenów. Klimat był imprezowy, ale bardziej w kategoriach dożynek. Męczone niemiłosiernie „Cruisin” czy „Where You Belong” przejadały się już po chwili i robiły się nie do zniesienia.

No i wreszcie… Finalnego koncertu nie była w stanie zakłócić nawet przedłużona przerwa między setami. Atmosfera zabawy podtrzymywana przez znane hity prezentowane w międzyczasie została jednak złamana całkowicie. To, co swawolne i bezrefleksyjne nie miało już racji bytu, gdy zegar wskazał okolice 21:30. Światła przygasły i pogrążona w milczeniu publika słyszeć zaczęła okrzyki głównego bohatera. „Aaangels. ah, ah ah!”. Tymi słowami do swojego świata prowadził nas Chance. O ile np. Samm Henshaw pokazał wcześniej klasę, grając świetny występ, o tyle Chano przygotował majstersztyk. Show poprowadzone przez niego i wspierających go The Social Experiment to światowa półka. Przeznaczone właściwie dla każdego, nosiło silne znamiona popowego arcydzieła, mieszając style, bawiąc się aranżacjami i olśniewając tęczowymi kolorami animowanych wizualizacji (oczywiście, jakże by inaczej) i efektami pokroju wybuchającego dymu i konfetti.

Muzyka? Dobrze przygotowana na potrzeby live’ów, choć nagłośnienie skompresowało brzmienie tak bardzo, że ścieżki zbytnio się zlewały. Zaważyło to również na odbiorze samego wokalu. Chano tonął miejscami w natłoku muzyki, choć wydaje mi się, że w drugiej połowie koncertu problem rozwiązano. Jeżeli chodzi o setlistę, znalazły się fragmenty każdego z wydanych mixtape’ów. Sam początek był dedykowany ostatniemu wydawnictwu, jednak na większość „kolorowanki” fani musieli chwilę poczekać. Oczywiście oczekiwanie było czystą przyjemnością, bo można było pobujać się do „Brain Cells” z krążka 10 Day czy poskakać do „Favorite Song” albo „Cocoa Butter Kisses” z Acid Rap. Potem przyszedł czas na prezentację świeżynek. Szaleństwo publiczności na singlowym „No Problem”, „All Night” czy „All We Got” było wręcz nie do opisania.  Tego wieczoru pojawiły się także utwory, na których Chance nawijał gościnnie. Były wersy z „Baby Blue” Action Bronson’a, a nawet te znane z The Life Of Pablo Westa, czyli z ujmującego „Ultralight Beam”.

Wybierając się za zachodnią granicę, miałem wielkie oczekiwania względem tego wydarzenia. Liczyłem na coś wielkiego i to otrzymałem. Parafrazując fragment Coloring Book: the blessings came down.