Choć nie mamy do czynienia z petardą na miarę trylogii Saturation, tak debiut Brockhampton w RCA Records wypada pozytywnie. Nie zmienia jednak obrazu drużyny z Kevinem Abstractem w roli kapitana jako składu tyleż kreatywnego, co nierównego. Na opus magnum Brockhampton będziemy musieli jeszcze poczekać, ale Iridescence bez cienia wątpliwości należy się chwila uwagi.

Historii nie trzeba nikomu przedstawiać. Teksański kolektyw wleciał do gry jak tajfun, powywracał wszelkie rankingi 2017 roku do góry nogami, samodzielnie przyznał sobie miano „best boyband since One Direction” i rozpędził hypetrain do prędkości charakterystycznej bardziej dla TGV, niż rodzimego Pendolino. Choć w oku cyklonu – głównie przez aferę z Ameerem Vannem w roli głównej – spokoju ciężko było uświadczyć, tak pierwsza płyta Brockhampton nagrywana dla dużej wytwórni stanowiła od samego początku jeden z najgorętszych punktów na muzycznej mapie tego roku.

A zaczęła się dość chłodno. O ile openery na wszystkich trzech częściach ubiegłorocznej trylogii na czele z „Boogie” były totalnymi rakietami (skoro każdy z nich walczył o miano ulubionego numeru roku wyżej podpisanego, to coś jest na rzeczy), tak tutaj „New Orleans” nie wzbudza żadnych konkretnych emocji. Później mamy wysyp treści, które co prawda skłaniają do reakcji na zasadzie „feel ya bro”, vide dwuwers Doma McLennona „the biggest threat I’m up against is who I face in my reflection / depression still an uninvited guest, I’m always accepting”, ale muzycznie do miana najbardziej kreatywnej rap ekipy od czasów Odd Future nie nawiązują.

Na szczęście po przebiciu się przez pierwszą część albumu – już w zasadzie już od końcówki “Weight” robi się ciekawiej – zaczyna się jazda w drugą stronę. W przypadku Iridescence występuje pewna prawidłowość: im agresywniej, tym lepiej. Kapitalny, singlowy „J’Ouvert”, o ironio, otwiera tę lepszą część czwartego długograja Brockhampton. Wjazd Joby w drugiej zwrotce można zapętlać i piętnaście razy z rzędu, bo tak dobrze poskładanych, wkurwionych wersów ze świecą szukać. Chwilę później swoje lepsze rapowe oblicze pokazuje wspomniany wcześniej Dom McLennon – jego nawijka w „Honey” to w istocie tytułowy miód.

Do końca jest już tylko dobrze, albo bardzo dobrze. Nawet po wyjściu z agresywnego, energicznego etapu w końcu dostajemy quality content. „San Marcos” to taka popowa wersja boysbandu o jaką fani natychmiastowo wykupowali bilety na koncerty – ten hook w wersji live będzie niósł się perfekcyjnie. I chyba właśnie fakt, że to druga część płyty jest tak dobra sprawia, że człowiek jednak kończy odsłuch z uśmiechem, po czym stwierdza, że w zasadzie to naprawdę spoko materiał.

Gdyby pozbierać najlepsze numery ze wszystkich czterech LP Brockhampton, dorzucić ze dwa wałki prosto z mixtape’u All-American Trash i do tego może “Cannon” z luźnych singli, dostalibyśmy płytę na przysłowiowe 9,5/10. A tak, cóż – cieszmy się, że mamy od nich aż tyle dobrej muzyki. Co do tego, że pewnego dnia autentycznie wybitny zbiór umieszczony na jednym nośniku Abstract i spółka nam zapewnią, jestem dziwnie spokojny.

znaczek