Hamburg muzyką stoi, dziś nawet bardziej niż kiedyś. Nowa architektoniczna petarda pod postacią Elbphilharmonie pięknie góruje nad miastem od strony eleganckiego Hafencity i daje solidne fundamenty pod kulturalny rozwój tej powstałej stosunkowo niedawno, zjawiskowej części miasta. O ile ta nowobogacka enklawa byłaby (lub już jest) najbardziej trafioną przestrzenią dla muzyki poważnej, o tyle stricte rozrywkowe życie Hamburga toczy się kilka kilometrów dalej.

Jeśli na przystanku „Elbphilharmonie” wsiądziemy w tramwaj wodny linii 72, w ok. 10 minut dopłyniemy do St. Pauli. Ta nieco szemrana, skąpana w chaotycznej architekturze i gęstej zabudowie dzielnica, to właściwie serce tego miasta, które bije znacznie intensywniej niż dostojne centrum czy nowoczesne, lecz nieco uśpione zrewitalizowane Miasto Portowe. Jeśli kultura alternatywna znajduje tu gdzieś swój początek i koniec, to najpewniej tę linię kreśli Reeperbahn – przecinająca wspomniany rewir aleja. Bijące po oczach neony, liczne kilkupiętrowe sexshopy, rozmaitej maści gastronomia, tętniące życiem sceny teatralne i przede wszystkim – w końcu – kluby. Te bardziej pospolite skupiające amatorów weekendowej zabawy w wątpliwie dobrych rytmach, ale przede wszystkim te ze świetnym programem i bogactwem różnorodnych brzmień. Gdybym wpadł do Hamburga na dłużej niż dwa dni, zapragnąłbym odwiedzić chociażby Grosse Freiheit 36, Uebel & Gefährlich czy Grünspan.

Tym razem padło jednak na Docks. Zagnieżdżona zupełnie na przeciwko plenerowej sceny Reeperbahn Festivalu sala koncertowa, słynie z bardzo dobrych bookingów i czyni to miejsce jedną z najważniejszych alternatywnych scen miasta. Musiał to docenić również Simon Green, który w Dokach rozpoczął w środę swoją nową trasę koncertową promującą Migration.

fot. Jacek Kurek

Terminy koncertów artysty pojawiły się właściwie parę tygodni przed premierą albumu, a w kontekście nowego materiału znana była wtedy jeszcze tylko „Kerala”. Bonobo to jednak marka i doświadczenie, więc ten dynamicznie obmyślony system promocji, tak czy siak, był zabiegiem udanym – większość koncertów została już wyprzedana przed pojawieniem się Migration lub w okolicach dnia premiery. Sam krążek natomiast został tak dobrze przyjęty, że znajdujące się już od dłuższego czasu w szufladzie bilety były tylko zawczasu uczynioną formalnością.

Najnowsze wydawnictwo to szósty krążek w dorobku brytyjskiego producenta, więc kredyt zaufania jest również powiązany z pewnymi oczekiwaniami co do występów na żywo. Green jednak doskonale o tym wie i w wyważony sposób połączył nowe inspiracje ze scenariuszami sprawdzonymi już wcześniej. Co do nich należy?

Przede wszystkim zespół, który okazał się ten sam co przy poprzednim tournee. Jest to absolutny walor, gdyż już na wejściu dostaliśmy gwarancję profesjonalnej realizacji  – wszak nikt tak dobrze nie czuje określonej muzyki jak co najmniej kilkuletni, bliski współpracownik tego, który jest głową projektu – producentem i kompozytorem. Znakomicie zatem było znów usłyszeć silną perkusję Jacka Bakera, solową sekcję dętą pod postacią Mike’a Lesirge’a, gitarowy kunszt Ewana Wallace’a i w końcu Szjerdene, która ponownie wspiera zespół wokalnie. Londyńska wokalistka bowiem, uczestniczyła już w North Borders Tour (oraz udzieliła się w kilku kawałkach na poprzednim albumie).

Pomijając cały wątek związany z wrażliwością artystyczną i charyzmą Szjerdene, warto nadmienić, że jej wokal ma w sobie pewien uniwersalny aspekt, dzięki któremu poniekąd znikają obawy co do tego, jak wybrzmią jej interpretacje wybranych utworów – tych, w których studyjnie wzięli udział inni artyści. Pisząc na konkretnych przykładach – wokalistka efektownie i bezproblemowo poradziła sobie z łagodnym „Break Apart” czy znacznie bardziej dynamicznym „Surface”. Jestem przekonany, że Mike Milosh i Nicole Miglis są w pełni dumni ze swojego scenicznego zastępstwa. Ktoś jednak mógłby zapytać – co z Nickiem Murphym? No cóż – to prawie oczywiste – nie było go, bo ukryty gdzieś w studyjnym lub domowym zaciszu, zajmuje się zapewne swoimi rzeczami. „No Reason” na szczęście się jednak pojawiło i z ręką na sercu oświadczam, że Szjerdene zrobiła super robotę, a efekt nowej interpretacji nie tylko uspokoił oczarowanych oryginałem, ale też zrodził refleksję, jak miło byłoby usłyszeć tę alternatywną wersję na nośniku studyjnym (może jakiś singiel panie Bonobo?).

Doceniam w pełni koncepcję Greena, która opiera się na posiadaniu jednego, zjawiskowego wokalu w zespole, pojawiającego się przy wszystkich (tych śpiewanych) utworach z setlisty. Bez względu czy członkini zespołu śpiewa swoje „własne” kawałki (bo pojawił się „Towers”) czy też te pierwotnie z nią niepowiązane. Tu jedynie wyjątkiem był „Bambro Koyo Ganda”, gdzie głos poleciał z komputera, ale jednak wokal Innova Gnawy stanowi w tym utworze głównie barwne, egzotyczne tło do muzyki.

Refleksję związaną z kwestią koncertowych wokali u producentów muzyki elektronicznej wiążę trochę z maleńkim rozczarowaniem jakie miało miejsce ponad dwa lata temu. SBTRKT podczas swojej poprzedniej trasy postanowił zagrać parę bangerów z debiutanckiego LP, ale ani w „Wildfire”, ani w „Hold On”, ani też w „Right Thing To Do” nie pojawił się żywy głos. Oczywiście nikt by nie oczekiwał, że Aaron Jerome spakuje Jessie Ware, Samphę i Yukimi Nagano do walizek i pojedzie z nimi w wielomiesięczne tournee. Była jednak świetna alternatywa pod postacią Denai Moore, która go wtedy supportowała i (wyjątkowo) udzielała się wokalnie na scenie w utworze „The Light”, lecz tylko dlatego, że wykonuje go oryginalnie na albumie Wonder Where We Land. Jest to świetny głos i Denai na pewno byłaby godnym zastępstwem. Może następnym razem… Wróćmy jeszcze na chwilę do Docks.

Bonobo jak większość artystów z niemałą już dyskografią był nieco zobowiązany do zadowolenia fanów również swoich wcześniejszych dokonań. Idąc tym tropem, nietrudno wydedukować, że alarmowe stany uniesienia miały miejsce na przykład podczas „Kiary”, „We Could Forever” czy zacnego mashupu kawałków „Ten Tigers” i „Kong”. Black Sands najwidoczniej jest wydawnictwem, które muzyk uznaje za swój pierwszy reprezentatywny materiał. Z poprzednich krążków nie pojawił się ani jeden utwór – nawet „Recurring”, który wcześniej był grany przed Greena dosyć chętnie. Całkowita nieobecność Days To Come (nie wspominając o Animal Magic i Dial ‚M’ for Monkey) została zastąpiona nie tylko wspomnianym BS, ale też dość bogato pozycjami z North Borders – pojawiły się miłe uderzenia pod postacią „Cirrus” i „Know You”, a Szjerdene kontynuowała swoją obecność na scenie również dzięki „Pieces”.

fot. Jacek Kurek

To o czym nieco wcześniej wspominałem to łączenie sprawdzonych elementów z nowymi. Do tych najnowszych z chęcią włączę technologie, jakie zastosowano przy nowej produkcji. Pozycja Bonobo w zasadzie już sama się prosiła o bardziej zjawiskową oprawę sceniczną. Choć jestem zwolennikiem teorii, że dobra muzyka nie potrzebuje fajerwerków i wybroni się sama, to jednak oglądanie tak dobrych wizualek było prawdziwą ucztą dla oka. Zadbano przede wszystkim o spójność prezentowanego materiału video, przez co na ledowych ekranach można było dostrzec między innymi ruchome, starannie skrojone kolorystycznie pejzaże nawiązujące do identyfikacji wizualnej Migration. Reżyseria światła była zaś „tylko” formalnością, która czyniła występ kompletnym jako zjawisko audiowizualne.

Bonobo zaprezentował klubowy spektakl, który wyciąga maksimum z każdego medium, jakie można uznać za niezbędne do skomponowania tego typu występu. Kompromisowo i elastycznie przeskakuje między ekstatyczną, taneczną przestrzenią i melancholijną płaszczyzną uniesienia. Sam niewiele mówi, ale za to tak wiele gra. A to chyba dobrze, bo chodzi o muzykę.