Bob Dylan: Shadows In The Night – Recenzja

Długi już czas dojrzewał we mnie głód płyty bardzo męskiej, szorstkiej, a przy tym ukazującej wrażliwość i skomplikowane wnętrze. Chodzi o coś o wiele głębszego od seksownych kawałków z miauczącym wokalem i jakąś niezłą solówką w połowie. Zależy mi na czymś całkiem innym. Problem polega na tym, że to, o czym mówię, już powoli wygasa. To już nie są lata 50, kiedy ballada była balladą, a męski wokal pałał romantyzmem. Tym większe było więc moje zaskoczenie, gdy w mediach pojawiła się zapowiedź albumu Shadows In The Night. Fakt, że jego wykonawcą jest Bob Dylan, sprawia, że można się spodziewać wiele.

Rozmowę o tym albumie należy rozpocząć od faktu, że ani muzyka, ani teksty nie są autorstwa Dylana – są to standardy muzyczne wypromowane lata temu przez Franka Sinatrę i innych godnych chwały artystów. Sama decyzja sięgnięcia po repertuar legendy gatunku może wydawać się odważna, może nawet lekkomyślna. Cóż, tak moglibyśmy mówić, gdyby muzyka została odtworzona jeden do jednego. Bob Dylan zrobił to, co z pewnością było bezpieczniejsze, ale przy okazji oryginalne i potrzebne, a mianowicie zaaranżował wybrane przez siebie klasyki na swój sposób. Cover-album nabiera nowego znaczenia, Drodzy Państwo.

Wyraźną linią trzeba oddzielić w tym momencie warstwę muzyczną od wokalnej. Muzyka jest, nie umniejszając, tłem całości albumu. Dźwięki instrumentów są zamglone, dryfujące, przez co wprowadzają wyraźny klimat, i co ważniejsze, robią to konsekwentnie, więc i słuchacz pozostaje w tym świecie emocji do samego końca. Co się tyczy warstwy wokalnej, to jej wielowymiarowość. Dylan potrafi samym głosem podkreślić emocjonalność śpiewanego tekstu, a przede wszystkim go uwiarygodnić. Niejednokrotnie umęczony, zatroskany, jego głos to dojrzałość, doświadczenie i świadectwo. Da się odczuć pojedyncze nuty emocjonalne, jak samotność, bezradność czy tęsknota. To właśnie definiuje wydźwięk całego materiału i kierunkuje go.

W kwestii utworów przyznaję, że wszystkie do siebie pasują, ich aranżacja i pewien aromat nie są specjalnie zróżnicowane, co niewątpliwie może niektórym się nie podobać. Z ciekawszych aranżacji, wymienić muszę The Night We Called It a Day, w którym głos Boba miejscami brzmi gładko, a miejscami chrypi, co idealnie podkreśla wyśpiewywane emocje. Innym interesującym momentem jest Why Try To Change Me Now, ze swoim wolnym tempem i najświetniej oddaną płynnością muzyczną. Delikatność głosu Dylana w tym momencie jest wręcz satynowa. Podobnie jest w utworze Some Enchanted Evening. Fool Moon and Empty Arms to jedna z najbardziej urzekających kompozycji, zaraz obok Where Are You, która jest szczególnie sympatyczna. Piosenki I’m a Fool to Want You, Stay With Me, Autumn Leaves, czy What’ll I Do doskonale podtrzymują całą atmosferę, niejednokrotnie wzruszają. Na zakończenie otrzymujemy coś nietypowego, bo piosenkę That Lucky Old Sun, która tak na prawdę jest codą do całego albumu. Apogeum smutku i sentymentalizmu potęguje sam tekst, ale również gra sekcji dętej. Rosnące napięcie zostaje rozładowane w dogranym z gracją outro.

Gdyby stworzyć obraz na podstawie usłyszanego materiału, mógłby to być oświetlony nielicznymi lampkami pokój hotelowy, w którym mężczyzna siedzący przy kieliszku whisky, duma nad swoją samotnością. Jest coś słodko- gorzkiego w całej tej kreacji. Z jednej strony postać artysty wydaje się nieco nieporadna, z drugiej jednak wzbudza nasze współczucie i zrozumienie jako ktoś cierpiący. Ten album dzięki takiemu a nie innemu wykonaniu jest bardzo wiarygodny i pewnie nie powstydziłby się go jakikolwiek inny, bardzo dojrzały muzyk.