Queen Bey powróciła w towarzystwie wielu kolorów i w różnych odsłonach, swoje oblicza zestawiając w ponad godzinny album wizualny. Ten aspekt nie zaskoczył – do podobnej sytuacji, ale pod postacią osobnych klipów, doszło w przypadku premiery jej ostatniego wydawnictwa. Również niespodziewanego, ale nie tak nieskrępowanego i głośnego, jak zaprezentowane pod koniec kwietnia Lemonade. Mamy do czynienia z popowym gigantem, przy którym należy zatrzymać się na dłużej niż na kilka minut.


Kiedy w sieci pojawiło się “Formation”, nietrudno było o skojarzenia z “Alright” Kendricka Lamara – obie genialne, obie silnie powiązane z działalnością Black Lives Matter, obie przeciwko aktom brutalności wobec czarnoskórych obywateli Ameryki, obie posądzone o jawną krytykę służb porządkowych. I jedna, i druga wywołały wokół siebie dużo emocji. W tym kontekście ciekawiły dwie kwestie: potencjalny albumowy duet artystów i przewidywane społeczno-polityczne zabarwienie Lemonade. O ile duet stał się rzeczywistością, o tyle najgłośniejszym i raczej nieoczekiwanym punktem narracji zostały nie frazy w myśl BLM, a niezwykle personalne rozważania na temat zdrady.

Wstępnie trzeba zwrócić uwagę na przedstawioną w albumie kreację czarnej kobiety. Bey celebruje swoje pochodzenie, eksplorując ładunek zawarty w “Formation”,  w co wkłada ogromną dawkę kobiecości, zmysłowości i drapieżności. Ta ostatnia objawia się u niej również wokalnie, szczególnie w utworze “Don’t Hurt Yourself”, przepełnionej rockowym brudem i wulgarnością kolaboracji z Jackiem Whitem (utwór podobno sampluje klasyk lat 70, “When the Levee Breaks”, Led Zeppelin). “Who the fuck do you think I am?/ You ain’t married to no average bitch boy/ You can watch my fat ass twist boy/ As I bounce to the next dick boy”. Beyonce – dosłownie – wprawia w osłupienie, popisując się umiejętnościami, jakich raczej nigdy nie zasygnalizowała dotychczasowymi dokonaniami. Lemonade plasuje się w jej dyskografii jako szósty album studyjny, będąc tak naprawdę pierwszym wydawnictwem, w którym artystka porzuca zachowawczość i eksperymentuje z tym, co oferuje ogrom świata muzyki  – słuchanie materiału jest doświadczaniem eksplozji twórczej ekspresji, niezwykle osobistej i różnorodnej.

Lemonade jazzuje, funkuje, gospeluje, bluesuje, rapuje, grzmi – czasem melodyjnie, czasem bez większego ładu. Charakteryzuje się przebojowością rozumianą w pełnym tego słowa znaczeniu, idącą w parze z wielowarstwowością i charyzmą. To kolejny element budujący mocną pozycję Beyonce na współczesnej scenie, a także uzasadnienie dla chętnie używanego przydomku “Queen Bey”. Teraz już konkretnego i niepodważalnego, bo o ile przy poprzednio wydanym albumie wszechstronność była jedynie sygnalizowana elementami odważniejszego R’n’B, o tyle na najnowszym materiale jest wychodzącą przed szereg cechą dominującą.

W celu zminimalizowania ekscytacji można by zacząć mówić o zapleczu producenckim pozbawiającym Beyonce wyłączności na brzmienie Lemonade, ale czy jest to coś dziwnego w przypadku wydawnictw stojących w starannej opozycji do filozofii DIY? Artystki tego pokroju, tak jak i jej twórczości, nie można pozbawić oczywistego pierwiastka komercyjności. Często mierzi nasilone szkalowanie wydawnictw wpisujących się w pop; klasyfikowanie braku kompletnej samodzielności jako karygodnej wady wykluczającej wartość danego dzieła. W takich sytuacjach przeważnie mamy do czynienia z chroniczną nieuczciwością oceny muzyki popularnej. Osobowości takie jak Kevin Parker czy Brian Wilson nie są zasadą, a wyraźnym wyjątkiem, a o Georga Martina nikt do Beatlesów raczej nie ma pretensji.

Problem z percepcją tego albumu pojawia się jednak na etapie weryfikacji autentyczności przekazywanych treści. Te noszą znamiona swego rodzaju spowiedzi, rozrzucenia przed słuchaczem wyjątkowo personalnych kart – mowa oczywiście nie o utworach politycznych, a o tych, które jawnie traktują o zdradzie, cierpieniu i złości. W samym przytaczanym wcześniej “Don’t Hurt Yourself” znajdujemy wystarczająco sugestywne wersy: “Uh, this is your final warning/ You know I give you life/ If you try this shit again/ You gonna lose your wife” Nietrudno jest dopuścić się wniosku, jakoby Beyonce zwracała się bezpośrednio do swojego męża, Jay Z, słowa formułując w „ostateczne ostrzeżenie”. “Looking at my watch, he shoulda been home/ Today I regret the night I put that ring on”, zaznacza Bey w “Sorry”. Nawet gdyby cała treść miała okazać się zorganizowanym chwytem promocyjnym, aktywującym użytkowników Tidala (którego właścicielem jest właśnie Jay-Z, a jednym z udziałowców Bey), nie można dyskryminować samych kompozycji.

‘Pray You Catch Me” to nieco zwodzące słuchacza interludium, wypełniona nastrojowym pianinem tzw. cisza przed burzą. Więcej chwytliwości proponuje “Hold Up”  – “Slow down, they don’t love you like I love you”, Beyonce wykorzystuje tekst użyty przez Karen O w “Maps” od Yeah Yeah Yeahs, a sam utwór ma być zamysłem autorstwa Ezry Koeninga i Diplo, powstałym w 2014 roku na podstawie… tweeta Ezry. Powrót do korzeni i wspomnień z Teksasu następuje w “Daddy Lessons”“Daddy made a solider out of me”, słyszymy w towarzystwie country-bluesowej stylistyki. Całość agresywnego, bolesnego wątku emocjonalnego zamyka widniejąca na przedostatnim miejscu tracklisty ballada “All Night”, niejednoznaczna w swojej delikatności, przynajmniej nie w momencie zetknięcia jej z gorzkością przytaczanych wcześniej kompozycji. “Our love was stronger than your pride/ Beyond your darkness, I’m your light.”

Warto zaznaczyć, że Bey jest niezwykle otwartym gospodarzem – z ujmującą elastycznością dostosowuje się do stylistyk proponowanych przez wspomnianego już White’a, The Weeknda, Jamesa Blake’a czy Kendricka Lamara, unikając przy tym jakiejkolwiek sztuczności. “6 Inch”, wspomagany przez drugiego z wyżej wymienionych panów, muzycznie silnie nawiązuje do klimatu Beauty Behind the Madness. “She fights and she sweats those sleepless nights/ But she don’t mind, she loves the grind/ She grinds from Monday to Friday/ Works from Friday to Sunday”. Wśród gości producenckich, pozostających bardziej w cieniu, znajdziemy m.in. Mike’a Deana, który “Love Drought” nasycił synthowo-basową osią konstrukcyjną – ta z oczywistych powodów mocno kojarzy się m.in. z twórczością Kaytranady. Bardziej elektroniczny element pojawia się też w “Forward”, tutaj za sprawą Jamesa Blake’a, który klasycznie łączy pianino i przetworzone komputerowo dźwięki budujące wyjątkowo skromnej długości outro.

Dzięki Lemonade Beyonce stała się elementem głośnej konwersacji o brutalności i niesprawiedliwości. Kontynuuje wątek, który rozpoczęła za pomocą “Formation”, na pierwszy plan wysuwając “Freedom”, huczną nie tylko w mediach, a samą w sobie kolaborację z Kendrickiem Lamarem. Połączeni ideą Black Lives Matter stworzyli hymn poświęcony czarnoskórym kobietom, piękny i muzycznie, i lirycznie. “But mama, don’t cry for me, ride for me/ Try for me, live for m/e Breathe for me, sing for me/ Honestly guidin’ me/ I could be more than I gotta be”, wylicza Kendrick, dopełniając melodyjny wokal Bey. Tutaj prym wiedzie duma, odczuwalna w każdej frazie – nie ma miejsca na nienawiść, raczej na racjonalną demonstrację siły. 

Lemonade będzie dla niektórych tylko, dla niektórych aż wydawnictwem idealnie popowym. Jego rozrywkowości wcale nie skreśla polityczno-społeczny wydźwięk poszczególnych utworów. Co więcej, taka forma jest najlepsza dla prezentowanych treści, docelowym odbiorcą staje się przeciętny użytkownik kultury popularnej. Album dla ludzi i o ludzkich sprawach traktujący, ze wszystkimi ich pozytywami, negatywami i słabościami. „Good job, Bey„, słyszymy dziecięcy głos w końcówce „Daddy Lessons”. Z mojej strony to samo – Beyonce dała radę, a sama wie o tym chyba najlepiej.

8,5/10