Przed Animal Collective stało trudne zadanie: zatarcie wrażenia, że średnio odebrany przez krytykę ostatni longplay nie był elementem schyłkowym (już teraz) piętnastoletniej drogi, jaką przebyli od 2000 roku. Dodatkowo Lennox, działający jako Panda Bear, nie mógł pozwolić sobie na średniej jakości materiał, przynajmniej nie po tak dobrym roku w karierze solowej. Painting With wprawdzie nie zostanie postawiony na półce obok albumów takich jak Merriweather Post Pavilion czy Strawberry Jam, ale po części niweluje niesmak, który dla wielu był nieodłącznym towarzyszem odsłuchu Centipede Hz. Animale mieli stworzyć, przypominając o tym, że ciągle robią to dobrze, nawet pomimo upływu czasu, który nieco rozluźnił więzi pomiędzy poszczególnymi członkami kolektywu. Nie wszystkie z tych zadań wykonali do końca, głównie ze względu na poczucie wspomnianej schyłkowości – Painting With jest swego rodzaju artystycznym zrywem, jednak nie na tyle mocnym, żeby zaprzeć dech w piersiach. 

Pierwszy plus jest niepodważalny – genialny opening, w którym Merriweather Post Pavilion poniekąd zaznacza swoją obecność, z racji tego, że “FloriDada”, sięga do klimatu znanego z “Brother Sport”. Od początku ujmują harmonie wokalne Portnera i Lennoxa, napędzające chwytliwość mocno popowej kompozycji. Ta sprawdzała się świetnie jako utwór promujący Painting With – singlowy zestaw uzupełniony m.in o  “Golden Gal” w obliczu całego wydawnictwa stanowi jego najmocniejszy fundament. Cóż, w końcu trudno, żeby zespół w celach marketingowych dzielił się ze słuchaczami najsłabszymi momentami materiału. To album pełen kolorów, czego najlepszą zapowiedzią był genialny animowany teledysk do “Golden Gal” – bogata struktura dźwięków i sampli w tym przypadku sięga nawet do serialu Golden Girls.

“So many times/ The prints don’t match the brush that painted it from them”, słyszymy w “Hocus Pocus” – w historii sztuki i muzyki można wyróżnić te same działania: naśladownictwo, wykorzystywanie już urzeczywistnionych schematów. Zabawa dźwiękiem w wydaniu Animal Collective zawsze będzie, mniej lub bardziej, zachwycać – przy Painting With odczucia osadzone są gdzieś w połowie tej skali. Do przewidzenia był niezaskakujący charakter wydawnictwa –  zespół przez cały okres działalności eksplorował obszary szeroko rozumianej muzyki eksperymentalnej, przekraczając kolejne granice, co stworzyło zupełnie nową odsłonę współczesnej psychodelii. Dziesięć albumów to materiał wystarczająco wyczerpujący nadmienione schematy – wszak w rzeczywistym świecie niemożliwym jest kilkakrotne odkrycie tego samego. Gdyby kolektyw po raz kolejny starał się o miano innowatora, musiałby sięgnąć po zupełnie inne środki wyrazu. Jak na razie osadza swoje utwory w niby dobrze znanym brzmieniu, jednak nie unika potknięć w ogromnej mierze wpływających na finalny efekt.

Painting With jest miejscami nierówny, niejako niepewny, proponujący chwile stagnacji, a następnie uderzający naprawdę chwytliwą kompozycją. Całość przyswajalna nie z miejsca, a po okazaniu chęci. Może i któryś z kolei odsłuch mógłby być furtką do rozpoczęcia przygody z Animal Collective, jednak nie można mówić o świetnym reprezentancie dyskografii. A któryś z kolei, bo, tak jak w przypadku całej twórczości, łączenie wszystkich dźwięków znajdujących się na albumie nie należy do najłatwiejszych. Z jednej strony ten nieład zdaje się być przemyślany i określony nieznanymi słuchaczowi granicami, z drugiej trudno oprzeć się wrażeniu, że taka swoboda twórcza często prowadziła do powstania mocno poluzowanych sekwencji. Trochę tak, jakby utwór próbował wydostać się poza swoje ramy, nie był dziełem skończonym, stałym, a ciągle żywym, modyfikującym się w trakcie słuchania, wnikającym w świadomość na kilka różnych sposobów. To niezmienny atut tej muzyki: bogactwo dźwięków pozwalające odkrywać materiał stopniowo. “It’s best this mess is part of the plan”, wybrzmiewa “Natural Selection”, “It feels like progress/ Is a product of a hidden game”. Ukryta gra Animal Collective, jedna z najważniejszych w historii współczesnej muzyki. 

Największym problemem tego wydawnictwa okazuje się być absencja, oderwanie twórców od przyjętego niegdyś stylu, bo o ile podczas odsłuchu nie ma wątpliwości co do tego, że obcuje się z dziełem Animal Collective, o tyle niektóre kompozycje zdają się błądzić we mgle, szukając elementów, które pozwoliłyby na dopracowanie nie w pełni rozwiniętej układanki. W “Vertical” “nawet linie wokalne nie brzmią pewnie – ta sama sytuacja pojawia się chociażby w “The Burglars”. Tu i ówdzie słychać dziwny stres, uzasadnioną obawę przed tym, że utwory nie są wystarczająco dobre, aby można powiedzieć o udanym powrocie. Kolektyw utracił jakąś część dawnego geniuszu, czego przyczyną jest zwykłe poluzowanie więzi, stopniowy zanik twórczego zrozumienia, które kiedyś przyczyniło się do powstania spektakularnych wydawnictw. Tak też nie powrót, a bardzo ładne pożegnanie – prawdopodobnie nie jednoczęściowe, koniec podróży zaczął się już przy Centipede Hz, a nie zdziwiłabym się, gdyby za kilka lat pojawił się następca Painting With, nieco niespójnej, ale ciągle urzekającej propozycji.